„Za
siedmioma górami za siedmioma lasami....” - Tak zaczyna się większość baśni! Ze
względu na ilość wymienionych kompleksów leśnych, należy uznać, że to eko-bajdy.
„Eko – bajda”, którą chcemy opowiedzieć nie jest z kraju za górami - wszystko
wydarzyło się blisko i tylko lasów jest tu jeszcze sporo. Jednak dla większości
z Was, bajda będzie i tak - „zza siedmiu gór...” Zaczniemy ją tak: - Za lasami,
nad rzeką, której brzegi połączone są mostami - na wysokiej skarpie leżało
miasteczko (tu każdy z nas mógłby opisać sporo ulic i wiele mieszkających tu
osób)....
...W miasteczku mieszkali ludzie, którzy byli w miarę pracowici i uczciwi.
Niezbyt to ciekawe i budujące, ale wszyscy przekładali wygodne życie nad
przygody, nawet te najbardziej niezwykłe. Oczywiście zdarzały się wśród nich
„niechlubne wyjątki”, które ciągle szukały „dziury w całym” pałętając się w
poszukiwaniu czegoś ciekawego. Część z „nich” emigrowała do dalekiego portu nad
morzem, mustrowała się na okręty i odwiedzała dalekie kraje, ale zawsze, kilku
takich, może trochę mniej zaradnych, zostawało w mieście. Na pewno zresztą kogoś
takiego znacie! To, co zdarzyło się jednej z takich osób; niedawno – w tym roku,
wczesną wiosną, opowiemy; opierając się na jej własnych, wypowiedzianych do
przyjaciół słowach. I, choć, oni nie uwierzyli w tą historię, a nawet ją
złośliwie wyśmiali - nam opowieść się podobała i chcemy ją przekazać dalej.
Posłuchajcie:
Był dość ciepły, wiosenny wieczór. Wiosna „dopiero co” namówiła trawy i drzewa
do wystawienia pączków na dobroczynne działanie słońca. Pyszniły się nieśmiałą,
delikatną, podświetloną - jasną zielenią. Rośliny jeszcze badały powietrze,
nasycone wonią wyniesionych przez wiosenny przybór rzeki - wodorostów. Nasz
„inny” siedział na skarpie, obok kościoła św. Idziego, obserwując rzekę i ruch
na moście. Powoli, wieczorne cienie nabierały intensywności, więc zdecydował się
wracać do domu, a na koniec, spojrzeć z bliska na wodę. Zszedł na dół i trochę
się zezłościł, leżącymi tam śmieciami, wyrzuconymi przez jakiegoś „czyścioszka”,
który „zadbał”, by nie szpeciły mu podwórka. Mimo „nieporządków” zapach rzeki
był tu intensywny. Wierzby rozpuściły „koćki” w długie „robale”, sypiące pyłkiem
w delikatnych podmuchach bryzy od rzeki.
Chłopiec usiadł na pniu jednej z takich pochyłych wierzb i zamyślił się nieco.
Ciągle marzyła mu się jakaś niezwykła przygoda. Nic jednak się nie działo, aż
nagle: - wśród zarośli coś błysnęło. Prawie przed nosem usiadł na gałązce ptak.
Jego niebieskie piórka połyskiwały i skrzyły się jak prawdziwe klejnoty. Takie
ptaszki, a był to zimorodek, w pobliżu miasta, rzadko się spotyka. Dziwiła też
pora jego aktywności. Chłopiec przyglądał mu się ciekawie, bojąc się głośniej
odetchnąć. Ptaszek nastroszył piórka i śmiało spojrzał na intruza.
Zmrok przez chwilę pogłębiał się, ale wkrótce pojaśniało, bo na niebie pojawiło
się liczne grono gwiazd, a zza mostu wyjrzała pełna tarcza księżyca. Jego
światło zmieniało wymiary otoczenia. Rzeka głośniej zagadała z brzegiem, a od
wody podniosła się mgła, ogarniając coraz większy obszar. Most zginął w jej
kłębach i nie było już słychać pędzących po nim samochodów. Światła miasta
zamazały się, pozostawiając jasne smugi, mieszające się z promieniami
spływającymi z „miesiączka”. Drzewa nad rzeką, jakby urosły i pogrubiały. W
miejscu wypływającej tu, zamkniętej w podziemnych rurach strugi, zbierającej
brud z ulic i wielu domów - płynął strumyk. Strużka wody wdzięczyła się
cichutko; chlupiąc po kamieniach, wśród pióropuszy wielkich paproci, sącząc
krople z puchatych mchów. Z nadbrzeżnych chaszczy rozbrzmiewał szalony koncert
słowików. Tuż obok zarechotało żabsko, odpowiadając na dalekie kumkanie
krewniaków. Chłopiec ze zdziwienia potrząsnął głową i potarł oczy.
Zmienił się nawet zapach. Wyczuwał: miętę i szałwię, maciejkę i delikatne nutki
innych nieznanych mu ziół. Gdy otworzył oczy - jego zdziwienie pogłębiło się.
Stała przed nim jasnowłosa, ubrana w błękitną suknię, szczupła dziewczyna. „Jaka
fajna i klawa laska!” – błysnęło mu w głowie. Był jednak nieśmiały, więc
zmieszał się bardzo. Dziewczyna uśmiechnęła się, potrząsnęła głową, rozrzucając
włosy, dotychczas leżące na plecach, położyła palec na ustach - nakazując ciszę
i zaczęła; najpierw bardzo cichutko, a potem trochę głośniej - śpiewać. Głos
miała łagodny, śpiew był czysty, bardzo melodyjny - wzruszał.
Gdy chłopiec już zaczął rozumieć, trochę anachronicznie brzmiące słowa -
usłyszał przedziwną historię: - Dziewczyna była bohunką-mamuną (przez niektórych
nazywana też rusałką) opiekującą się strumykiem wpadającym do sporej rzeki,
której wtedy; jeszcze nikt nie nazwał. Dbała, by strumyk wraz ze swym
otoczeniem, stosownie do pory roku, zmieniał barwy. Opiekowała się
przebywającymi tu małymi ptaszkami – poprawiając ich nadwerężone przez wiatr
gniazdka i tuląc pisklęta, gdy rodzice musieli coś pilnie załatwić. Rosą poiła
kwiaty i zioła. Zmieniała wystrój łąk – raz przystrajając je żółtymi kaczeńcami,
a zaraz potem - niebieskimi niezapominajkami. Doglądając „dobytku”, pluskała się
wśród lilii i grążeli w licznych stawach, przez które strumyk przepływał, przy
okazji wymieniając pióra młodym łabędziom. Płoszyła bezczelne wydry, by ryby
czuły się bezpieczniejsze i przekomarzała się z zrzędliwym borsukiem, grzebiącym
w nadbrzeżnych chaszczach.
„Nie liczony” czas nie odgrywał znaczącej roli. Pewnie odpoczywał. Choć mijały
pory roku - wszyscy byli szczęśliwi, zwłaszcza ptaki, których pisklęta rosły
szybko, by już w następnym roku głosić pięknie chwałę ptasiego ludu. Rzeka,
zwykle, przeciągała się leniwie i tylko czasami, gdy nikt już nie zwracał na nią
uwagi (oprócz kłusujących w jej starorzeczach szczupaków i sumów), złościła się
i groźnie napinała muskuły - grożąc powodzią. Wtedy trzeba było ją uspokoić -
łagodnie tłumacząc, że brak zainteresowania wynika raczej z szacunku i braku
śmiałości w stosunku do jej znaczenia. To z reguły wystarczało. Rzeka, kajała
się, na przeprosimy zdobiąc brzegi pięknymi łachami bielutkiego piachu.
Pewnego dnia, na skarpie, osiedlili się ludzie, ale to nic nie zmieniło.
Uznawali odwieczne prawa i szanowali wszelkie istoty zaklęte w świętych gajach,
ruczajach i uroczyskach. Kłaniali się potężnym sosnom, dającym schronienie
leśnym pszczołom, które w podzięce za opiekę – dzieliły się z nimi słodkim
miodem. Szanowali dęby, karmiące magiczne jemioły. Bali się rosochatych,
nadrzecznych wierzb, a w wiecznie toczącej bure wody rzece, widzieli Piastuna,
szczodrze dostarczającego im raków i ryb.
Powoli liczba ludzi wzrastała, a czas się obudził. Ludzie zmieniali się;
odkryli, że niektóre, z leżących w ich zasięgu dóbr, mają jakąś szczególną
wartość dla innych. Podobały się im rzeczy oferowane w zamian. Choć szczególnie
cenionym był – słoneczny jantar, to można też było wymienić na: różnego rodzaju
błyskotki i sól - skóry zwierząt, miód leśnych pszczół i wędzone ryby. Wzdłuż
rzeki potoczyły się wielkie wozy, a rzekę ludzie wykorzystywali; początkowo za
jej zgodą, do transportu, wycinanych coraz liczniej, gonnych sosen, czasem dębów
i modrzewi. Gdzieś, daleko nad morzem, budowano z nich wielkie łodzie i okręty.
Wraz z przekazywanymi z rąk do rąk bogactwami przychodzili obcy, wnoszący inne
obyczaje. Za nimi wkraczali zbrojni, siłą przywłaszczając bogactwa, wypracowane
i zbierane przez miejscowych. To przynosiło skarlenie umysłów. Ludzie
przestawali szanować święte gaje - były zbędne. Dużo cenniejsza była uzyskiwana
z nich smoła i węgiel drzewny służący do wytapiania żelaza z występującej na
miejscu rudy darniowej, a żelazo, to potęga oręża, wojów własnych i obcych.
Czas przyśpieszył. Miejsce, którym opiekowała się bohunka – marniało. Ludzie
budowali nad strumykiem domy, nie troszcząc się o niszczone paprocie, wycinano
drzewa, a mchy i zioła deptano. Utracono umiejętność rozumienia się z roślinami
i zwierzętami. Ignorowano istnienie opiekuńczych skrzatów. Światu „pradawnych”
zagrażało zniszczenie.
Bohunka bardzo na tym cierpiała. By uchronić swój świat, postanowiła ukryć go
przed ludźmi, zaklinając jego barwy i kształty, zasłaniając i ogradzając go
magicznym płotem - parawanem.
Bramę od tego ogrodzenia zamknęła na magiczny kluczyk, a sama zmieniła się w
zimorodka. Kluczyk został ukryty na samym końcu wygrzebanej, zwyczajem
zimorodków, w wysokiej skarpie norki - gniazdka. Postanowiła, że dopiero w
czasach, w którym natura ludzka obudzi się i znów odnajdzie harmonię w
kontaktach z przyrodą, osoba, która wypatrzy zimorodka i zdobędzie jego
zaufanie, będzie mogła otworzyć bramę magicznej krainy. Wtedy dawny świat
odsłoni swe uroki raz jeszcze...
Śpiew dobiegł końca. „Mamuna” uśmiechnęła się smutno i pocałowała chłopca.
„Zakręciło go” to tak; że zamknął oczy. Jasne dotychczas światło księżyca
przygasło - jego tarczę zasłoniła chmura. Gdy otworzył oczy, mgła już się
rozwiała. Doleciał go smród z wpadającego do rzeki ścieku, a na wodzie, w
świetle latarni z mostu, błyszczały tłuste plamy. Po dziewczynie i zimorodku nie
było śladu. Rzeka jak zwykle gderała, a w pobliżu przeleciał, żonglując w
skomplikowanej ewolucji nietoperz. Zapiszczał i dopadł wielką ćmę.
Chłopiec wrócił do domu, ale już na drugi dzień postanowił odszukać zimorodka,
znaleźć kluczyk, a przy okazji zasłużyć na całusa. Jeszcze mu się to jednak nie
udało.
Zimorodki, zrezygnowały z pobytu nad rzeką, w pobliżu miasta na „wyżni”. Trudno
im znaleźć w brudnej wodzie rybki do zjedzenia, a i wykopywane przez nich norki
- na gniazda, często ulegały zniszczeniu w wyniku podkopywania skarpy.
Należałoby zachęcić je do powrotu, a wtedy na wiosnę, w czasie pełni księżyca,
może komuś, znów uda się spotkać mamunę–zimorodka i znaleźć magiczny kluczyk.
Czy wykorzystamy szansę?
KET
Zimorodek
Ilość odsłon:
Wyszkowski
Ośrodek Kultury "Hutnik", 07-200 Wyszków ul. Prosta 7,tel./fax +4829-7424448
Bank Spółdzielczy w Wyszkowie nr 89310003-22930-3600-1.