Dwójka uczestników klubu survivalu WOK „Hutnik” wybrała się na nocleg… do lasu, „pod chmurkę”. Rozbili obozowisko w okolicach Skuszewa. Przeżyli. Oto relacja Andrzeja Grajczyka.
Wyruszyliśmy z Marcinem Podporą w czwartek 7 stycznia o godz. 16. Było już całkiem ciemno, gdy opuszczaliśmy rozświetlone ulice Wyszkowa. Sam marsz nie był długi. Cała trasa liczyła nieco ponad 6 km, ale gdy idzie się z pokaźnym bagażem na plecach i brnie przez głęboki śnieg, można się z lekka zmęczyć i szybko robi się gorąco. Gdy zeszliśmy pod most drogowy wkroczyliśmy w naprawdę głęboki śnieg, a że pod spodem była nierówna pokrywa lodowa, co chwila zaliczaliśmy upadki. Z każdym krokiem trzeba było uważać. I tak było przez całe nadbużańskie łęgi. Odcinek długości ok. 1,5 km pokonywaliśmy prawie dwie godziny! Ostrożnie stąpaliśmy wzajemnie ubezpieczając się na niepewnej pokrywie lodowej, która potrafiła groźnie zatrzeszczeć pod naszym ciężarem. Co chwila dochodziło do nas echo głośnego trzasku pękającego gdzieś nieopodal lodu.
Wreszcie z dużą ulgą powitaliśmy porośnięte lasem wzniesienie, które wybraliśmy na miejsce naszego noclegu. Okolica bardzo ładna. Wokół spory zasób suchego drewna. Szybko zabraliśmy się za odśnieżenie placu pod biwak i zbiórkę drewna na ognisko. Jedno rozpaliliśmy w miejscu rozbicia pałatek, jako swoiste „ogrzewanie podłogowe”, a drugie – przed namiotem, do przyrządzenia kolacji. Niby nie było zimno. Na minusie tylko ok. 11 st. Celsjusza. Jakkolwiek by latarka mogła świecić, trzeba ją było podgrzewać, a oddalenie się choćby na chwilę od ogniska nie należało do przyjemnych.
Sprawnie spięliśmy ze sobą dwie pałatki i w ten sposób powstał niewielki namiot. Rozłożyliśmy w nim karimaty i śpiwory. Nad płomieniem niewielkiego ogniska uwędziliśmy kiełbaski. „Poprawiliśmy” konserwą i najwspanialszą, gorącą herbatą z cytryną. Wieczór upłynął na gawędach i żartach. Około 23.00 postanowiliśmy pójść spać. „Ogrzewanie podłogowe” i świeczki w namiocie wyśmienicie zdały egzamin. Było ciepło i przytulnie, dlatego stosunkowo szybko zapadliśmy w sen, wcześniej, dla bezpieczeństwa, gasząc ogień.
Żaden z nas nie wybudzał się w nocy z powodu zimna. Wstaliśmy dopiero około siódmej nad ranem. Z naszych ust wydobywała się para. Marcin próbował na chwilę wystawić głowę na zewnątrz, ale zaraz ją cofnął. Trzeba było się sprawnie ubrać i jak najszybciej rozpalić przygotowane wieczorem ognisko. Ranek był przepiękny, chociaż bardzo zimny. Wokół szadź na krzewach i gałęziach drzew, bajeczna okiść i mgła, jak mleko. A w środku tego krajobrazu nasz mały namiocik. Zaraz po rozpaleniu ogniska szybciutko przygotowaliśmy herbatkę. Kilka łyków i już po całym ciele rozpłynęło się przyjemne ciepełko. Niedługo potem czym prędzej zwinęliśmy biwak, przywróciliśmy miejsce do stanu sprzed użycia i wyruszyliśmy w drogę powrotną – po własnych śladach. Ze zdziwieniem odkryliśmy, że nocą naszą trasą szło jakieś zwierze, o czym świadczył wyraźny trop. Na wielu gałęziach w promieniach słońca pięknie mieniły się sopelki lodu. Znad niezamarzniętych połaci wody unosiły się pióropusze pary. Podobnie jak poprzedniego dnia, co chwila docierały do nas dźwięki pękającego gdzieś lodu. Marsz utrudniał tym razem nie tylko śnieg i lód, ale też oślepiające refleksy słońca na rozciągającej się wokół pokrywie śniegu. Cała zimowa egzotyka.
Gdy dotarliśmy do „Hutnika” zdać relację z przebiegu wyprawy, jednego byliśmy pewni. Operacja zakończyła się pełnym sukcesem, szlak został przetarty i tej zimy wyczyn na pewno powtórzymy. I to z pewnością w większym gronie, bo jest już kilku chętnych. Jeśli po przeczytaniu tego artykułu znajdą się kolejni – zapraszamy! Zapisy w ośrodku kultury.
Andrzej Grajczyk